wtorek, 30 kwietnia 2013

Wielka ściema za wielkie pieniądze.

Ostatnio, wstyd się przyznać, padłam ofiarą oszustów na miarę słynnego pobieraczka. Tym razem jednak plan działania był trochę inny. Naciągacze dzwonią do nas mówiąc, że wygraliśmy w konkursie jakąś maszynkę, po czym zaczynają nawijać szybciej niż pan Orłoś prowadząc teleexpres o szczegółach "wygranej". Pada termin "zapłacić", pada również "zamówienie" i już wtedy powinna zapalić się czerwona lampka. Moja niestety miała spóźniony refleks.

Większość z Was pewnie może pomyśleć - "Twoja wina, było słuchać." "Wstyd" "Wieś tańczy i śpiewa" i przyznaję - moja wina, rzeczywiście. Wiadomo, ilu naciągaczy w Polsce mamy, a jednak wciąż ktoś jest tak głupi, że daje się nabrać. Prawda.

Pomyślmy jednak o tym w inny sposób - jesteś w domu, spokojnie, oglądasz telewizornię, od czasu do czasu jesz chipsy, czy jakieś inne badziewie. Dzwoni telefon. Super. Numer nieznany - nie lubisz odbierać od prywaciarków, ale jednak decydujesz się to zrobić. Zaczyna do ciebie nawijać wesoła babka informująca o wygranej. Myślisz sobie: "Zaraz, zaraz. Jakiej wygranej? Nie brałam w niczym udziału." I się rozłączasz.

Co jednak, jeśli jesteś akurat na mieście? Załatwiasz coś, jesteś w biegu lub zatłoczonym, głośnym autobusie. Słyszysz niektóre strzępki informacji: "wygrałaś" "nagroda" itp, a słowa wypowiadane na jednym wydechu nie docierają do Twoich uszu i kończy się na tym, że co najmniej miesiąc później przychodzi do Ciebie niedbale zapakowana, bublowata maszynka z radosną fakturką opiewającą na 19,90 zł.

"Produkt" jaki nam przysyłają to bubel. To znaczy ja swojego jeszcze nie odpakowałam, żeby w razie czego go odesłać, ale takie opinie czytałam w internecie. Pominę już fakt, że "paczki" wciskane są na chama do skrzynek, więc nie ma nawet pewności, że to do nas dotrze. Z jednej strony to dobrze dla nas, bo w każdej chwili można wypowiedzieć umowę, lecz z drugiej myślimy, że wszystko za nami, że może ktoś zapomniał o naszym "zamówieniu" (którego nie było i w które zostaliśmy brutalnie wrobieni), a po kilku miesiącach przychodzi fakturka z doliczonymi jakimiś opłatami (nie pamiętam jak to się teraz nazywało, ale to było chyba 15 zł za tzw monit), a następnie przychodzą ostrza za OLŚNIEWAJĄCO NISKĄ CENĘ (a przynajmniej w ich mniemaniu) - 54,90 + oczywiście 19.90 za przesyłkę. Czyż to nie wspaniała okazja?

Jedyny zastanawiający fakt to taki, że podczas całej rozmowy przemiła pani ani razu nie prosi nas ani o potwierdzenie, ani o podanie swojego adresu zamieszkania. Wniosek? Nasze dane hulają po takich i podobnych firmach, które wesoło naciągają kolejnych, nieświadomych ludzi wyłudzając od nich pieniądze. Jak żyć, panie premierze?

Podsumowując - jeśli kiedyś natkniecie się na "firmę" GOOD SHAVE - uciekajcie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz