Ostatnio, wstyd się przyznać, padłam ofiarą oszustów na miarę słynnego pobieraczka. Tym razem jednak plan działania był trochę inny. Naciągacze dzwonią do nas mówiąc, że wygraliśmy w konkursie jakąś maszynkę, po czym zaczynają nawijać szybciej niż pan Orłoś prowadząc teleexpres o szczegółach "wygranej". Pada termin "zapłacić", pada również "zamówienie" i już wtedy powinna zapalić się czerwona lampka. Moja niestety miała spóźniony refleks.
Większość z Was pewnie może pomyśleć - "Twoja wina, było słuchać." "Wstyd" "Wieś tańczy i śpiewa" i przyznaję - moja wina, rzeczywiście. Wiadomo, ilu naciągaczy w Polsce mamy, a jednak wciąż ktoś jest tak głupi, że daje się nabrać. Prawda.
Pomyślmy jednak o tym w inny sposób - jesteś w domu, spokojnie, oglądasz telewizornię, od czasu do czasu jesz chipsy, czy jakieś inne badziewie. Dzwoni telefon. Super. Numer nieznany - nie lubisz odbierać od prywaciarków, ale jednak decydujesz się to zrobić. Zaczyna do ciebie nawijać wesoła babka informująca o wygranej. Myślisz sobie: "Zaraz, zaraz. Jakiej wygranej? Nie brałam w niczym udziału." I się rozłączasz.
Co jednak, jeśli jesteś akurat na mieście? Załatwiasz coś, jesteś w biegu lub zatłoczonym, głośnym autobusie. Słyszysz niektóre strzępki informacji: "wygrałaś" "nagroda" itp, a słowa wypowiadane na jednym wydechu nie docierają do Twoich uszu i kończy się na tym, że co najmniej miesiąc później przychodzi do Ciebie niedbale zapakowana, bublowata maszynka z radosną fakturką opiewającą na 19,90 zł.
"Produkt" jaki nam przysyłają to bubel. To znaczy ja swojego jeszcze nie odpakowałam, żeby w razie czego go odesłać, ale takie opinie czytałam w internecie. Pominę już fakt, że "paczki" wciskane są na chama do skrzynek, więc nie ma nawet pewności, że to do nas dotrze. Z jednej strony to dobrze dla nas, bo w każdej chwili można wypowiedzieć umowę, lecz z drugiej myślimy, że wszystko za nami, że może ktoś zapomniał o naszym "zamówieniu" (którego nie było i w które zostaliśmy brutalnie wrobieni), a po kilku miesiącach przychodzi fakturka z doliczonymi jakimiś opłatami (nie pamiętam jak to się teraz nazywało, ale to było chyba 15 zł za tzw monit), a następnie przychodzą ostrza za OLŚNIEWAJĄCO NISKĄ CENĘ (a przynajmniej w ich mniemaniu) - 54,90 + oczywiście 19.90 za przesyłkę. Czyż to nie wspaniała okazja?
Jedyny zastanawiający fakt to taki, że podczas całej rozmowy przemiła pani ani razu nie prosi nas ani o potwierdzenie, ani o podanie swojego adresu zamieszkania. Wniosek? Nasze dane hulają po takich i podobnych firmach, które wesoło naciągają kolejnych, nieświadomych ludzi wyłudzając od nich pieniądze. Jak żyć, panie premierze?
Podsumowując - jeśli kiedyś natkniecie się na "firmę" GOOD SHAVE - uciekajcie!
Podsumowując - jeśli kiedyś natkniecie się na "firmę" GOOD SHAVE - uciekajcie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz